cykliczne porady dla sprzedawców, opinie ekspertów

Strażnicy słowa

Dwudziestego pierwszego lutego, kiedy świat obchodzi Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego, polskie redakcje prasowe stają przed pytaniem o własną rolę w ochronie polszczyzny. W czasach, gdy „storytelling” wypiera opowiadanie, „fake news” zastępuje dezinformację, a „deadline” brzmi poważniej niż termin – debata o kondycji języka na łamach gazet nabiera szczególnego znaczenia. Czy prasa, która przez dekady była wzorcem poprawności językowej, wciąż pełni tę funkcję? Czy istnieją jeszcze korektorzy, niegdyś niewzruszeni strażnicy normy, czy zastąpiły ich algorytmy? I wreszcie: jak wygląda codzienność redakcji, gdzie presja czasu zderza się z dbałością o słowo?

Fot. Adobe Stock

W 2025 roku język polski w przestrzeni publicznej charakteryzował się dynamicznymi zmianami legislacyjnymi i ortograficznymi, w tym uznaniem języka wilamowskiego za regionalny, co miało wzmocnić jego obecność publiczną, oraz apelami Rady Języka Polskiego o powstrzymanie języka nienawiści, podczas gdy od 1 stycznia 2026 weszły w życie kluczowe modyfikacje ortograficzne, np. pisownia nazw mieszkańców, nazw firm i prefiksów, z celem ujednolicenia zasad.

Wiedzę o języku pogłębiamy m.in. dzięki gazetom i czasopismom. Prasa propaguje normy, kształtując smak językowy pokoleń, bo w papierze tkwi autorytet, którego nie da sieć. Bez niej kultura językowa z pewnością znacznie by zubożała, a komunikacja stawała się zlepkiem emotikonów i skrótów.  Przez lata w prasie nad poprawnością językową czuwali korektorzy, dziś coraz częściej zastępowani przez komputerowe programy.

Znikający zawód

W lutym 2024 roku „Gazeta Wyborcza” jako część procesu restrukturyzacji Agory zwolniła prawie cały dział korekty. Informacja ta wywołała szeroką dyskusję w branży medialnej. Biuro prasowe „Gazety Wyborczej” wyjaśniało: „W wielu współczesnych redakcjach dzienników prasowych – także zagranicznych – nie ma tradycyjnych, wyodrębnionych działów korekty, a jego zadania realizują redaktorki i redaktorzy, wspomagani rozwiązaniami technologicznymi”.

Roman Imielski, pierwszy wicenaczelny „Gazety Wyborczej”, przekonywał: – Takich narzędzi od lat używają zachodnie gazety – one nie mają korekty fizycznej. Zaznaczał jednak, że ostatecznie za końcowy kształt tekstu odpowiadają redaktorzy. Redakcja wprowadziła narzędzie LanguageTool – program oparty na sztucznej inteligencji, służący do sprawdzania pisowni, interpunkcji i gramatyki.

Mikołaj Chrzan, członek zarządu spółki Wyborcza, odpowiedzialny za kwestie redakcyjne, stwierdzał: „Chciałbym to jasno podkreślić: likwidacja działu korekty nie oznacza likwidacji korekty tekstów w »Gazecie Wyborczej«. Wszystkie publikowane przez nas teksty są czytane i poprawione przez redaktorów, a do tego część korektorów pracuje obecnie na stanowiskach redaktorskich. Zaznaczał, że pierwsza strona papierowego codziennego wydania będzie nadal sprawdzana w sposób tradycyjny”.

„Gazeta Wyborcza” wprowadził również nowy system podpisywania tekstów – pod materiałami oprócz autorów zaczęli pojawiać się także redaktorzy, co miało podkreślić ich rolę w procesie powstawania publikacji.

Igor Rakowski-Kłos, członek prezydium komisji zakładowej Inicjatywy Pracowniczej przy Agorze SA, komentował dla portalu Press.pl: „Stale rozmawiamy z zarządem, ale nie spodziewaliśmy się całkowitej likwidacji działu korekty. Ta decyzja bardzo negatywnie wpłynie na komfort pracy dziennikarskiej”. Przypomniał rolę korektorów: „Gdy korekta zrobiła błąd, co zdarzało się niezwykle rzadko, było o tym głośno. Fakt, że codziennie wyłapywała wiele błędów – również merytorycznych – mało kto sobie uświadamiał”.

O sprawie jako pierwsza poinformowała reportażystka Olga Gitkiewicz na Facebooku: „Korekta to w mediach jeden z najbardziej niewidocznych i niedocenianych działów, który wykonuje mnóstwo niewdzięcznej pracy, często na ostatnią chwilę. To korektorki i korektorzy są zewnętrznym, zdystansowanym okiem, które czuwa nad tekstem, nie tylko nad poprawnością językową, ale również nad jego logiką. Setki tekstów są czytane przez redaktorów, a jednak w korekcie wychodzą kolejne i kolejne usterki, korekta to jest interwencja kryzysowa”.

Inne redakcje zareagowały różnie. Bogusław Chrabota, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”, w rozmowie z „Presserwisem” podkreślał: „Korektorzy są outsourcowani dla »Rzeczpospolitej«. Ich pracą zarządza sekretariat programowy. Cała gazeta papierowa i duża część internetu jest w korekcie. Jednak już w 2025 roku »Rzeczpospolita« zrezygnowała z tradycyjnej korekty na rzecz narzędzi AI”.

Krzysztof Jedlak, redaktor naczelny „Dziennika Gazety Prawnej”, informował, że zespół korekty pracuje w ramach wydawnictwa i czuwa wyłącznie nad treściami w papierze, a materiały online sprawdzają redaktorzy i edytorzy. W redakcji „DGP” rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji pomagają w korekcie tekstów. W tytułach Polska Press z kolei korekty nie ma od kilku lat.

Filozofia korekty

Bartek Chaciński, zastępca redaktora naczelnego „Polityki”, członek Rady Języka Polskiego oraz autor serii „Słowników najmłodszej polszczyzny”, szczegółowo opisuje podejście swojej redakcji: – Przede wszystkim: zatrudniać korektę. Mamy szczęście pracować w „Polityce” pod stałą opieką korekty, z którą można skonsultować pisownię, a nawet uzgodnić preferowaną formę, gdy mamy do czynienia z wieloma możliwymi formami zapisu. Po drugie: ufać autorom i starać się zachować ich język, włącznie z indywidualnym tonem – ale nigdy za cenę zrozumiałości i przejrzystości tekstu.

  1. Chaciński podkreśla fundamentalną zasadę: – Język jest narzędziem komunikowania, transferu myśli, powinien zakładać prostotę i jasność przekazu. Czy redakcje wystarczająco o to dbają – zapewne nie, nie warto się jednak tłumaczyć kosztami. Szukając w przekazie medialnym jakości, czytelnicy zwracają na szczegóły językowe dużą uwagę.

Odnosząc się do pytania o istnienie zawodu korektora, B. Chaciński odpowiada: – Istnieją. Choć to z pewnością jeden z zagrożonych zawodów naszej branży. Także dlatego, że instrumenty elektronicznej korekty wspomaganej AI radzą sobie z poprawianiem błędów coraz lepiej. W dalszym ciągu jednak nie są w stanie zastąpić człowieka, z którym można wejść w dialog.

Marta Mizuro, redaktor miesięcznika „Odra”, wydawanego przez Instytut Książki jako pismo patronackie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, potwierdza: – Korektorzy prasowi – to zawód, który istnieje. O korektę bardziej dbają jednak te media, które nie pracują pod presją czasu, na przykład miesięczniki czy kwartalniki.

  1. Mizuro podkreśla szczególną misję swojego tytułu: – W „Odrze” robimy co w naszej mocy, aby chronić „ojczyznę-polszczyznę”, że użyję tego urokliwego Tuwimowego określenia naszego języka. Jako pismo patronackie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego czujemy się wręcz zobowiązani do świecenia przykładem w tej materii. Dosłownie w tej chwili wszyscy w redakcji uczymy się pilnie nowych zasad ortografii polskiej, które obowiązują od stycznia bieżącego roku.

Anglicyzmy – między koniecznością a modą

Kwestia anglicyzmów w prasie budzi wiele emocji. Z jednej strony, niektóre zapożyczenia wydają się niezbędne w świecie globalnej gospodarki i technologii. Z drugiej strony, nadużywanie obcych słów może prowadzić do zubożenia polszczyzny.

Bartek Chaciński przedstawia wyważone stanowisko: – Konieczność w wypadku wąsko specjalizowanych dziedzin, które nie doczekały się polskiej nomenklatury. Bardzo długo dotyczyło to np. ekonomii czy informatyki, do tej pory zresztą mamy w nich wiele terminów pochodzących z języka angielskiego. Oczywiście w wypadku neologizmów w języku, jakiego używają młodzi Polacy – jak rel, tuff czy slay – mamy do czynienia raczej z modą. Ale i ta odnosi się do globalnych fenomenów, a młodzi ludzie funkcjonują komunikacyjnie – internet, media społecznościowe – w bardziej zglobalizowanym świecie.

  1. Chaciński dodaje: – I to zjawisko też przenosi się do prasy, choćby przy okazji plebiscytu na Młodzieżowe Słowo Roku. Ale ważne, żeby każdorazowo starać się spolszczyć angielskie słowo i odmieniać je w odpowiedni sposób. To nie jest pierwsza fala obcych zapożyczeń w polszczyźnie i z reguły takie fale raczej wzbogacają język niż go zubażają.

Marta Mizuro z „Odry” prezentuje bardziej restrykcyjne podejście: – Niewiele anglojęzycznych pojęć nie ma swoich polskojęzycznych odpowiedników, więc moim zdaniem raczej moda.

Językoznawcy podkreślają, że kluczem nie jest całkowite eliminowanie anglicyzmów, lecz świadome ich stosowanie. Tam, gdzie są konieczne – warto je stosować, pamiętając o poprawnej odmianie i osadzeniu w polskim systemie językowym. Tam, gdzie są zbędne – lepiej sięgnąć po rodzime formy. Używanie zapożyczeń bywa traktowane jako oznaka nowoczesności lub profesjonalizmu, choć w rzeczywistości może prowadzić do niejasności przekazu i wykluczenia części odbiorców. Media, jako instytucje kształtujące wzorce językowe, ponoszą tu szczególną odpowiedzialność.

Debata o anglicyzmach w mediach to w istocie rozmowa o jakości komunikacji. Język nie jest jedynie narzędziem mody, lecz podstawowym nośnikiem sensu. Od tego, jak odpowiedzialnie będą posługiwać się nim media, zależy nie tylko klarowność przekazu, ale także kondycja współczesnej polszczyzny.

Presja czasu a jakość języka

Współczesne redakcje prasowe funkcjonują w rytmie, który jeszcze kilkanaście lat temu wydawał się nie do pomyślenia. Dziennikarze przygotowują materiały równocześnie do wydań drukowanych, serwisów internetowych i mediów społecznościowych, często reagując na wydarzenia niemal w czasie rzeczywistym. W takim modelu pracy czas staje się najcenniejszym, ale i najbardziej deficytowym zasobem.

Presja terminów bezpośrednio wpływa na jakość języka publikowanych tekstów. Uproszczenia, skróty myślowe, powtórzenia czy błędy składniowe coraz częściej przedostają się do druku i sieci. Ograniczany jest również etap redakcji i korekty, który tradycyjnie pełnił funkcję językowego „filtra bezpieczeństwa”. W wielu redakcjach jedna osoba odpowiada dziś za kilka zadań jednocześnie, co utrudnia zachowanie najwyższych standardów językowych.

W tym zawodzie o wszystkim decyduje termin. Poza „co” i „dla kogo” pytanie „na kiedy” jest jednym z kluczowych, jakie sobie w mediach zadajemy. Timing jest wszystkim szczególnie w dzisiejszych mediach, działających pod presją tego, co się dzieje w mediach społecznościowych. I ta ostatnia presja bywa najbardziej druzgocąca. I dla jakości tekstów, i dla pochopnie rzucanych emocjonalnych wypowiedzi. Słowem: czasy zmieniają dziś dziennikarstwo, ale czas zawsze jest dla niego kluczową zmienną – stwierdza Bartek Chaciński.

Marta Mizuro zwraca uwagę na konsekwencje: – Oczywiście, działając pod presją czasu, redaktorzy popełniają błędy lub nie wykazują się należytą starannością. Dodaje jednak istotne zastrzeżenie: – Inna sprawa, że błędne podanie daty bitwy pod Grunwaldem czy pominięcie najistotniejszego dzieła w dorobku nawet wybitnego artysty nie wiąże się z takimi skutkami jak podanie złej dawki leku.

Szybkość publikacji sprzyja także bezrefleksyjnemu sięganiu po gotowe sformułowania, kalki językowe i modne zapożyczenia. W efekcie język mediów staje się bardziej schematyczny, mniej precyzyjny i uboższy stylistycznie.

Eksperci podkreślają jednak, że tempo pracy nie musi oznaczać rezygnacji z dbałości o słowo. Kluczowe są jasne procedury redakcyjne, świadome zarządzanie procesem publikacji. Język pozostaje podstawowym narzędziem dziennikarstwa – nawet w epoce natychmiastowej informacji. Jeśli media chcą zachować wiarygodność, muszą znaleźć równowagę między szybkością a jakością przekazu.

AI w służbie języka?

Pojawienie się zaawansowanych narzędzi opartych na sztucznej inteligencji wywołało debatę o przyszłości korekty prasowej. Bartek Chaciński przedstawia wyważoną perspektywę: – Coraz częściej dostajemy sygnały o angażowaniu AI w różnej postaci w proces edycji tekstu. Nie ma w tym nic zdrożnego – pod warunkiem, że nad całością czuwa człowiek i on podejmuje ostateczne decyzje. W szczególności: narzędzia AI są już dość powszechnie wykorzystywane nawet w edytorach tekstów.

  1. Chaciński ostrzega jednak: – Błędów ortograficznych i gramatycznych w dostawanych przez redaktorów tekstach jest trochę mniej, ale za cenę ukrytych błędów merytorycznych, które zarówno ChatGPT, jak i inne systemy potrafią jeszcze przepuszczać – a w skrajnych wypadkach nawet wywoływać. Przesadne zaufanie jest więc niewskazane.

Marta Mizuro zajmuje ostrożne stanowisko: – Jeśli za programowanie AI będą odpowiedzialni ludzie znający się na korekcie, zapewne będzie można zaufać nadzorowanych przez nich automatom. Na razie powinniśmy zachować ograniczone zaufanie, tak jak wobec słowników dostępnych w programach typu Word, nad którym opiekę sprawują informatycy.

W lutym 2025 roku ukazał się „Raport o kondycji polszczyzny w internecie w 2024 roku”, przygotowany przez markę Nadwyraz.com we współpracy z serwisem Polszczyzna.pl. Raport objął analizę 45 wyrazów w różnych konfiguracjach – wybranych spośród 100 propozycji na podstawie kryterium częstotliwości występowania oraz stopnia problematyczności. Łączna liczba otrzymanych i przeanalizowanych danych, obejmujących zarówno poprawne, jak i błędne formy wyrazów, wyniosła 245 551 914.

Co ciekawe, wbrew powszechnej opinii, stan języka polskiego w internecie nie jest wcale tak zły – online nadal dominuje poprawna polszczyzna. Najwięcej błędów popełniamy na Facebooku i X (wcześniej Twitterze), jednak stopniowo ich liczba rośnie również na YouTubie i TikToku. Marka Nadwyraz.com, której misją jest promowanie poprawnej polszczyzny oraz klasyki literatury polskiej, we współpracy z serwisem Polszczyzna.pl co roku analizuje błędy językowe popełniane przez użytkowników polskiego internetu. Ostatni raport, dotyczący 2024 r., wskazuje, że na liście najbardziej problematycznych słów w internecie znalazły się m.in.: „co niemiara” (49,97% błędnych zapisów), „notabene” (35,57% błędnych zapisów), czy „rzygać” (31,59% błędnych zapisów). Jak zauważają autorzy raportu: „Niepoprawne formy językowe są wynikiem przede wszystkim współczesnego tempa komunikacji i języka mówionego”.

Wyzwania przyszłości

Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego został ustanowiony przez UNESCO w 1999 roku. Obchody tego święta, przypadające na 21 lutego, są okazją, by zwrócić uwagę na konieczność ochrony różnorodności językowej. Dla polskich redakcji prasowych to moment refleksji nad własną rolą w ochronie polszczyzny. „Polityka” tradycyjnie publikuje w tym dniu materiały poświęcone językowi. Inne redakcje również wykorzystują tę okazję do promowania świadomego używania języka polskiego.

Przed prasą stoją poważne wyzwania w zakresie dbania o język. Pierwszym z nich jest postępująca cyfryzacja i związana z nią presja czasu. Drugim wyzwaniem jest globalizacja i napływ terminologii anglojęzycznej. Trzecim problemem jest oszczędnościowa polityka wydawców, którzy traktują korektorów jako koszt możliwy do zredukowania.

Jednocześnie pojawiają się nowe możliwości. Narzędzia AI, choć niedoskonałe, mogą wspierać korektorów w rutynowych zadaniach. Współpraca z instytucjami takimi jak Rada Języka Polskiego i Narodowe Centrum Kultury otwiera możliwość edukacji dziennikarzy i społeczeństwa.

Korektorzy, choć ich liczba w wielu redakcjach spadła lub zniknęli całkowicie, w tytułach takich jak „Polityka” czy „Odra” nadal pełnią swoją funkcję. Ich rola ewoluuje – stają się konsultantami językowymi, strażnikami standardu. Sztuczna inteligencja wspiera pracę, ale – jak podkreślają wydawcy – nie zastąpi ludzkiej intuicji i rozumienia kontekstu.

Anglicyzmy pozostaną częścią polszczyzny, szczególnie w tekstach o tematyce globalnej i technologicznej. Kluczem jest świadome ich używanie. Kampanie takie jak „Ojczysty – dodaj do ulubionych” i inicjatywy Rady Języka Polskiego pokazują, że współpraca między instytucjami a prasą może przynosić efekty w budowaniu świadomości językowej społeczeństwa.

Dwudziestego pierwszego lutego warto pamiętać o dziennikarzach, redaktorach i korektorach, którzy – mimo trudności – dbają o to, by polskie słowo na łamach gazet było słowem poprawnym.

KINGA SZYMKIEWICZ

DARIUSZ MATEREK