Smartfon nigdy nie śpi. Powiadomienia spływają o każdej godzinie, algorytmy serwują kolejne porcje treści, a uwaga odbiorcy staje się surowcem, o który walczą globalne platformy. W tym kontekście pytanie o przyszłość druku brzmi nie tylko jak pytanie o papier i tusz – lecz o rodzaj myślenia, o który warto się upomnieć.

Gdyby przeprowadzić sondę na ulicy dowolnego polskiego miasta, większość respondentów pewnie stwierdziłaby, że prasa drukowana umiera. Tymczasem liczby temu przeczą. Według raportu Polskich Badań Czytelnictwa (PBC) za rok 2024, w tym okresie w Polsce rozdystrybuowano 281 269 408 egzemplarzy prasy drukowanej i cyfrowej, przy czym 94 procent stanowiła prasa płatna. W tej sumarycznej liczbie dominuje wciąż papier – jedynie 7,3 procent wolumenu dotyczy tytułów cyfrowych. Łączny zasięg prasy wzrósł z 78,4 procent w roku 2013 do 84 procent w roku 2024. Czytelnictwo prasy zatem nie spada. Zmienia się jedynie jego architektura.
Cyfra zmieniła krajobraz
Prasę niezależnie od nośnika czyta ośmiu na dziesięciu Polaków w przedziale wiekowym 15–75 lat. Wydania drukowane deklaruje 44 procent dorosłych, cyfrowe – 69 procent, przy czym obie grupy znacząco się pokrywają. Znamienny jest inny wskaźnik: średni czas czytania prasy w 2024 roku wynosił 71 minut dziennie (mediana), podczas gdy w 2018 roku było to 52 minuty. Przyrost o 37 procent w ciągu sześciu lat to tendencja wzrostowa, której nie sposób nie zauważyć.
Jerzy Rzymowski, redaktor naczelny „Nowej Fantastyki” (Prószyński Media) tak mówi o aktualnej rzeczywistości rynku tradycyjnej prasy: – Kiedy poruszam ten temat przy różnych okazjach, mówię, że jesteśmy czytelniczym odpowiednikiem „slow food” – wierzę, że ludzie w pewnym momencie na tyle przesycą się internetowym „fast foodem”, że nastąpi zwrot ku tradycyjnym mediom, przynajmniej w jakimś zakresie. Nadal jesteśmy potrzebni, nadal publikacja w medium drukowanym ma większy ciężar gatunkowy niż w internecie, w którym może się produkować każdy.
Podobnie postrzega sytuację Anna Zalech, redaktorka miesięcznika „Szlachetne Zdrowie” (Wydawnictwo SPES). – Druk ma szansę przyciągnąć czytelnika, choć na innych zasadach niż kiedyś. Druk nie konkuruje już z internetem szybkością informacji, lecz jakością doświadczenia czytelniczego. Estetyka, selekcja tematów, pogłębione reportaże czy rozmowy z ekspertami mogą przyciągać czytelników, którzy szukają treści bardziej wartościowych i trwałych – ocenia.
– W dobie cyfryzacji wszystkich obszarów naszego życia media drukowane oferują coś, czego media cyfrowe z pewnością nigdy nie zaoferują. Coraz częściej te ostatnie są postrzegane jako połączenie narzędzia pracy i rozrywki, kojarzą się z obowiązkiem i byciem w ciągłej gotowości. Z kolei media drukowane wprowadzają element skupienia i niezbędnej koncentracji, przewidywalności i ograniczenia korzystania z nich zarówno w czasie, jak i przestrzeni – komentuje z kolei Piotr Zmelonek, dyrektor wydawniczy „Polityki”. Wymienia również konkretne przewagi druku: – Czytelnicy mogą w spokoju przejrzeć pismo od A do Z, wybrać interesujące ich artykuły, popatrzeć na ładne fotografie i grafiki, których małe ekrany smartfonów na pewno nie zaoferują, nawet przy najlepszej rozdzielczości – bez wyskakujących, agresywnych reklam i powiadomień. Pismo drukowane może stanowić element wytchnienia od codziennego zgiełku i gonitwy. Wielu młodszych czytelników docenia te zalety prasy bardzo mocno.
Co mówi nauka?
Debata o wyższości papieru nad ekranem od kilkunastu lat toczy się nie tylko w redakcjach, ale przede wszystkim w laboratoriach kognitywistycznych. Przełomowe okazały się badania przeprowadzone przez zespół z Uniwersytetu w Stavanger (Anne Mangen, Bente R. Walgermo, Kolbjørn Brønnick). Uczniowie w wieku około 10 lat czytali identyczny tekst narracyjny – jedni w wersji drukowanej, drudzy w formacie PDF na ekranie. Grupa czytająca z papieru osiągnęła istotnie lepsze wyniki w teście rozumienia tekstu. Naukowcy sugerowali, że fizyczny kontakt z drukiem – możliwość przewracania stron, orientacja przestrzenna w tekście, poczucie ciągłości narracyjnej – wspomaga tworzenie mentalnej reprezentacji treści w pamięci roboczej.
Wyniki te nie pozostały odosobnione. Obszerna meta-analiza przeprowadzona przez Pablo Delgado i współpracowników (University of Valencia, 2018), obejmująca ponad 170 tysięcy uczestników z kilkudziesięciu różnych badań, potwierdziła istnienie tzw. efektu niższości ekranu: czytanie z papieru generuje niewielką, ale statystycznie istotną i systematycznie powtarzającą się przewagę nad czytaniem z ekranu w zakresie rozumienia dłuższych tekstów analitycznych. Luka jest większa w przypadku tekstów wymagających głębokiej analizy niż w przypadku treści prostych i krótkich.
Papier, pozbawiony powiadomień i hiperłączy, sprzyja utrzymaniu ciągłości narracyjnej. Fizyczna struktura dokumentu – orientacja przestrzenna na stronie, możliwość zaznaczania i powrotu do fragmentu – wspomaga pamięć epizodyczną. Czytanie linearne aktywizuje wolniejszy, analityczny tryb przetwarzania informacji, który psychologia poznawcza określa jako System 2 – myślenie refleksyjne, dokładne, skłonne do weryfikacji twierdzeń.
Środowisko ekranowe, zwłaszcza smartfon jako urządzenie wielofunkcyjne, sprzyja natomiast tzw. skanowaniu (skim reading). Jak wykazało badanie Eyal Ophir, Clifforda Nassa i Anthony’ego Wagnera ze Stanford University (2009, Proceedings of the National Academy of Sciences), osoby, które jednocześnie korzystają z wielu mediów naraz: oglądają telewizję, piszą SMS-y, przeglądają social media, gorzej radzą sobie z filtrowaniem nieistotnych bodźców i kontrolą uwagi. Są mniej skuteczni w zadaniach wymagających skupienia.
„Mózg nie jest przystosowany do równoległego przetwarzania wielu strumieni informacji poznawczych – w praktyce dochodzi do szybkiego przełączania się między nimi, co obciąża pamięć roboczą i obniża głębokość przetwarzania” – pisał Clifford Nass, w omówieniu badań.
W raportach towarzyszących badaniu PISA wielokrotnie analizowano relację między korzystaniem z technologii a wynikami uczniów: umiarkowane używanie urządzeń cyfrowych może być korzystne, natomiast nadmierne – wiąże się z gorszymi wynikami w czytaniu i matematyce. W badaniu PIRLS w Norwegii uczniowie uzyskiwali wyższe wyniki rozumienia w testach papierowych niż ekranowych.
Digital first?
Strategia „digital first” – priorytetowe traktowanie publikacji internetowych przed wersją drukowaną – stała się w ciągu ostatniej dekady standardem większości liczących się redakcji. Logika jest prosta: newsy docierają do odbiorcy w trybie ciągłym, redakcja buduje zasięg online, generuje kliknięcia przekładające się na przychody reklamowe. Tyle teoria.
Praktyka okazuje się bardziej skomplikowana. Presja klikalności wpływa nie tylko na dobór tematów, ale coraz wyraźniej na styl i ton przekazu. Nagłówek musi przyciągnąć uwagę w ciągu ułamka sekundy. Tekst musi być krótki, podzielony na łatwo skanowalne akapity, nasycony emocjami. Dłuższy reportaż, wymagający skupienia i wielodniowej pracy dziennikarza, staje się gatunkiem trudniejszym do usprawiedliwienia przed redaktorem zarządzającym budżetem opartym na słupkach zasięgów.
Anna Zalech zwraca uwagę na to, gdzie model cyfrowy szczególnie zawodzi. – W modelu cyfrowym liczy się często szybkość publikacji i bieżąca aktualność. Dłuższe formy – reportaże, eseje, wywiady – wymagają czasu i inwestycji redakcyjnej. Prasa drukowana taka jak miesięcznik „Szlachetne Zdrowie” wciąż pozostaje przestrzenią, w której takie formy mogą funkcjonować w naturalnym rytmie pracy redakcyjnej – mówi.
Jej obserwacje dotyczące presji klikalności są jednoznaczne. – Tak, w środowisku cyfrowym jest to bardzo widoczne. Tytuły i struktura tekstów bywają dostosowywane do mechanizmów generujących kliknięcia: skrótowości, emocjonalności czy sensacyjności. Druk w większym stopniu opiera się na relacji zaufania między redakcją a czytelnikiem, a nie na natychmiastowej reakcji mierzonej w statystykach – uważa Anna Zalech.
Jerzy Rzymowski z „Nowej Fantastyki” nie ma złudzeń co do skali zjawiska. –Oczywiście, widzimy to na każdym kroku – tzw. tabloidyzacja mediów tradycyjnych i cyfrowych, pogoń za sensacją, clickbaity. Podejmuje z tym walkę np. fanpage „Streszczam clickbaitowe artykuły, żebyś nie musiał klikać”, ale w pierwszej kolejności powinni to zwalczać ci, których najmocniej to dotyka w ostatecznym rozrachunku, czyli sami czytelnicy – zauważa. Jednocześnie wskazuje źródło problemu głębiej: – Jakość dowolnych form dziennikarstwa osłabia w pierwszej kolejności słabość dziennikarstwa jako takiego. Dziennikarze muszą odbudować zaufanie publiczne, przypomnieć sobie warsztat zawodowy i etykę.
Piotr Zmelonek wskazuje, że priorytetowe traktowanie publikacji internetowych przed wersją drukowaną niekoniecznie musi oznaczać obniżenie jakości. – Jak pokazują doświadczenia mediów drukowanych, które od zawsze publikowały dłuższe formy dziennikarskie, strategia „digital first” wcale nie musi wpływać na jakość tekstów. Co więcej, nawet jeśli wszelkie formy promowania treści mają charakter skrótowy czy zajawkowy, nie musi to wcale osłabiać rzetelności czy wiarygodności dłuższych tekstów czy wywiadów. Wszystko na końcu zależy od tematu danego tekstu, podejścia dziennikarza do jego ujęcia i sposobu poprowadzenia wywodu – uważa Piotr Zmelonek. Nie bagatelizuje jednak presji klikalności: – Emocja jest najsilniejszym bodźcem do osiągnięcia wyższej klikalności. W dobie powszechnego korzystania z mediów społecznościowych skrótowe, budowane na emocjonalnych przekazach treści oddziałują – chcąc nie chcąc – również na media uchodzące za tradycyjne. Wszyscy walczą najpierw o zainteresowanie odbiorcy, przyciągnięcie, choćby na krótką chwilę, jego uwagi. Przekazy stają się coraz krótsze i często coraz bardziej sensacyjne. Do tego dochodzi całe spektrum pseudoinformacji budowanych w oparciu o sztuczną inteligencję – wyjaśnia.
– Druk pozwala uniknąć mechanizmów algorytmicznych, które premiują emocjonalne, skrajne treści. W prasie selekcja treści odbywa się w redakcji, a nie w systemach rekomendacyjnych. Oznacza to, że priorytetem może być wartość informacyjna, edukacyjna czy społeczna, a nie potencjał do generowania zasięgów – uważa z kolei Anna Zalech z miesięcznika „Szlachetne Zdrowie”.
Jerzy Rzymowski dostrzega w tym zagadnieniu więcej niuansów. – Z jednej strony algorytm w internecie łatwiej podsunie odbiorcy treści, które mają szansę wzbudzić jego reakcje, w oparciu o profilowanie. Z drugiej – czytelnicy mediów tradycyjnych mają skłonność do sięgania po media tożsamościowe, zbieżne z ich światopoglądem, głoszące skrajne treści z jednej lub drugiej strony. Główną różnicą jest zaangażowanie odbiorcy w ewentualną interakcję – o to w internecie dużo łatwiej: komentarze, emotki, udostępnienia – tłumaczy.
W globalnym badaniu Reuters Institute Digital News Report 2024 stwierdzono dalszy wzrost korzystania z mediów społecznościowych i platform wideo jako źródeł informacji, przy jednoczesnym spadku bezpośrednich wejść na strony wydawców. Algorytmy platform systematycznie promują treści wzbudzające silne emocje, kontrowersyjne i skrajne – treści wywołujące gniew i strach generują więcej interakcji niż rzetelna, wyważona analiza.
Kryzys czy selekcja?
Dane są niepokojące. Według Reuters Institute Digital News Report 2024 zaledwie 39 procent ankietowanych Polaków deklaruje zaufanie do mediów – to spadek o 17 punktów procentowych od 2015 roku (56 procent). Polska znalazła się na 21. miejscu spośród 47 badanych państw, ustępując m.in. Finlandii (69 procent). Tylko około 20 procent respondentów uważa polskie media za wolne od nacisków politycznych i komercyjnych.
Wśród polskich mediów najwyższe zaufanie wzbudzają RMF FM (54 procent), Radio Zet (49 procent) i Polsat News (48 procent). Co znamienne, do „zaufanych” zaliczają się gazety regionalne i lokalne – z 44 procentami pozytywnych ocen wobec zaledwie 20 procent negatywnych. To medium drukowane, bliskie odbiorcy, weryfikowalne lokalnie.
– Myślę, że wszystkie media konkurują o uwagę i czas tych samych odbiorców. Media tradycyjne przegrywają obecnie właśnie ze względu na tempo życia i pośpiech w uzyskiwaniu informacji. Jeżeli tradycyjne media znajdą przeciwwagę – a tą powinna być w pierwszej kolejności jakość treści – poradzą sobie – mówi Jerzy Rzymowski. To diagnoza, za którą kryje się konkretny program: odbudowa wiarygodności przez konsekwentne przestrzeganie standardów warsztatowych i etycznych.
Prasa drukowana zachowuje pewną naturalną barierę jakości: kosztowna produkcja, nakład ograniczony, odpowiedzialność prawna wydawcy, czas „zamknięcia” uniemożliwiający błyskawiczną zmianę treści po publikacji. W środowisku cyfrowym te bariery nie istnieją: błąd można „naprawić” po cichu, artykuł usunąć, nagłówek zmienić po fakcie. Papier jest nieodwołalny – i ta nieodwołalność nakłada na wydawcę odpowiedzialność, która działa prewencyjnie.
Według Fundacji Digital Poland i GfK Polonia (raport Dezinformacja oczami Polaków 2024), 84 procent Polaków zetknęło się z fake newsem, a 55 procent wskazuje media społecznościowe jako główne źródło dezinformacji. W Globalnym Raporcie Ryzyk 2025 Światowego Forum Ekonomicznego dezinformacja i manipulacja informacją znalazły się na pierwszym miejscu listy zagrożeń globalnych. Na tym tle redakcyjna weryfikacja faktów – standardowa dla prasy drukowanej – nabiera charakteru obywatelskiego obowiązku.
Presja skracającej się uwagi
Popularny mit mówi, że czas koncentracji użytkownika internetu skrócił się do ośmiu sekund – poniżej poziomu złotej rybki. To twierdzenie było wielokrotnie krytykowane metodologicznie. Człowiek oglądający ulubiony serial przez cztery godziny bez przerwy nie ma „ośmiosekundowej uwagi” – ma uwagę selektywną: angażuje się głęboko w treści, które uważa za wartościowe, i słabo reaguje na te, których tak nie ocenia.
To ważna konkluzja dla redakcji: problem nie leży w tym, że czytelnik nie potrafi skupić się na dłużej. Problem polega na tym, że środowisko cyfrowe systematycznie obniża próg, powyżej którego treść zostaje uznana za wartą skupienia. Powiadomienia, reklamy, boczne kolumny z „powiązanymi treściami” – wszystko to konkuruje o uwagę jednocześnie. Papier tej rywalizacji nie generuje. Czytelnik, który bierze do ręki magazyn, dokonuje świadomego wyboru i wyłącza się z cyfrowego szumu. Ale ogólnospołeczne obniżanie się poziomu koncentracji pozostaje faktem. I wywiera presję na wszystkie media.
– Presja na pewno jest, ale pojawia się pytanie, czy w interesie mediów i samych odbiorców leży uleganie jej, czy raczej zabieganie o to, żeby jednak tę uwagę zatrzymać na dłużej. Tu jednak pojawia się kluczowy problem, czyli najbardziej ograniczony, nieodzyskiwalny zasób, którym dysponujemy i płacimy za wszystko: nasz czas. Aby utrzymać dłużej uwagę odbiorców, musimy im zaoferować jakość, która uzasadni sens poświęcenia nam więcej czasu niż innym, którzy dają więcej, szybciej, ale niekoniecznie lepiej – ocenia Jerzy Rzymowski z „Nowej Fantastyki”.
– Staramy się zachować równowagę. W miesięczniku „Szlachetne Zdrowie” ważne jest, aby tekst był przystępny i czytelny, jednak nie musi być tak skrótowy, jak w mediach cyfrowych. Czytelnik sięgający po druk zazwyczaj akceptuje dłuższą formę i większą głębię analizy – stwierdza Anna Zalech.
Piotr Zmelonek z „Polityki” uzupełnia tę perspektywę obserwacją o naturze samego medium drukowanego. – To, co wydrukowane, co na papierze, nie tylko sprzyja większej koncentracji odbiorcy, ale też lepszemu zapamiętywaniu treści – na co swoją drogą są badania naukowe. Co więcej, wymaga też większej dbałości o język i styl przekazu, nie mówiąc już o korekcie. Gazeta czy czasopismo jest pewną zamkniętą całością, posiadającą swój charakterystyczny ton, dobrany i adekwatny do typu czytelnika język. Czymś innym będzie epatował TV guide, a czymś innym pismo opinii – tłumaczy.
– Mam wrażenie, że czasami media same wpuszczają się w kołowrót szybkich i krótkich treści. Model, który wydaje się obecnie wygrywać, to model zachęcania skrótami, zajawkami przekazywanymi za pomocą mediów społecznościowych i newsletterów, a następnie przekierowywania do dłuższych formatów treści – zauważa Piotr Zmelonek.
Część redakcji wprost przyznaje, że dostosowuje język do skracającej się uwagi odbiorców: krótsze zdania, więcej wytłuszczeń, bullety (wypunktowania) zamiast akapitów, infografika zamiast tekstu. To racjonalne decyzje redakcyjne pod kątem czytelności w sieci. Jednak dziennikarstwo jako forma intelektualnej wymiany nie da się w pełni zredukować do bulletów. Reportaż, esej, wywiad – rzeka, analiza komentatorska – te formy wymagają narracyjnej ciągłości, którą trudno odtworzyć w formule „10 faktów, które musisz znać”. Prasa drukowana pozostaje naturalnym środowiskiem dla tych gatunków.
Prasa jako przestrzeń jakości
Wróćmy do kluczowego pytania: czy przyszłość prasy to nisza dla wykształconych zapaleńców, czy możliwy nowy mainstream jakości? Odpowiedź wymaga rozróżnienia między typami mediów.
Dzienniki drukowane tracą systematycznie udziały – w Polsce, podobnie jak w większości krajów zachodnich. Tygodniki opinii i miesięczniki zachowują stabilniejszą pozycję, zwłaszcza wśród czytelników o wyższym wykształceniu i dochodach. Magazyny specjalistyczne – branżowe, poradnikowe, stylu życia – pozostają silną kategorią, bo zaspokajają potrzebę pogłębionej informacji w konkretnym obszarze, jakiej nie jest w stanie dostarczyć algorytm serwujący ogólne newsy.
Z danych PBC wynika, że druk generuje 72 procent zasięgu w kategorii magazynów, a tygodniki opinii w 51 procentach konsumowane są w wersji papierowej. Przy wzroście czasu czytania prasy (z 52 do 71 minut dziennie w latach 2018–2024) widać, że ci, którzy sięgają po papier, angażują się w niego głębiej. Powstaje wyraźna segmentacja: szeroki zasięg cyfrowy przy płytkim zaangażowaniu versus węższy zasięg papierowy przy zaangażowaniu intensywnym i lojalnym.
To właśnie ta lojalność jest kluczowym aktywem prasy drukowanej. PBC podaje, że prawdopodobieństwo zobaczenia reklamy pełnostronicowej w prasie wynosi 94,3 procent, a rozkładówki – 99,2 procent, ze średnią liczbą kontaktów czytelnika z daną reklamą na poziomie 9,2 razy dla całostronicowej i 12,8 razy dla rozkładówki. Niezależne badania z Wielkiej Brytanii, obejmujące kampanie o wartości 1,8 miliarda funtów dla 141 marek, potwierdziły, że kampanie prasowe charakteryzują się najwyższym ROI spośród wszystkich badanych mediów.
Na pytanie o przyszłość prasy Jerzy Rzymowski odpowiada: – Optymista we mnie liczy na to, że jakość wygra. Pesymista obawia się, że gorszy pieniądz wypiera lepszy. Ale nawet jeśli będziemy istnieć jako nisza, niech to będzie nisza możliwie duża i jak najwyższej jakości.
Anna Zalech formułuje bardziej programową wizję: – Druk nie musi docierać do wszystkich, aby być wpływowym medium i zmieniać niekorzystne nawyki Polaków. Jeśli stanie się przestrzenią rzetelnej, pogłębionej i spokojnej informacji – może odegrać ważną rolę w ekosystemie mediów przyszłości. Taką rolę, mam nadzieję, odgrywa miesięcznik „Szlachetne Zdrowie”.
– W kontekście liczby użytkowników narzędzi cyfrowych oraz liczby czytelników wydań drukowanych można mówić o tym, że prasa już stała się niszą. Ale jak pokazało wiele innych segmentów rynkowych, bycie niszą wcale nie musi oznaczać niczego złego. Przykład płyt winylowych pokazuje, że nisze mogą być znakomitym i pożytecznym rynkiem – zwłaszcza kiedy oferują swoim odbiorcom odpowiednią gwarancję jakości – ocenia Piotr Zmelonek z „Polityki”.
Przyszłość: ekosystem
Pytanie „czy druk pokona smartfon” jest prowokacyjne, ale źle postawione. Lepiej zapytać: jaką rolę druk może pełnić w ekosystemie informacyjnym zdominowanym przez urządzenia mobilne? I tu odpowiedź jest znacznie bardziej optymistyczna.
Prasa drukowana może być – i coraz częściej jest – uzupełnieniem, a nie alternatywą dla mediów cyfrowych. Czytelnik, który rano przegląda newsy na smartfonie, po południu może sięgnąć po tygodnik, żeby złożyć z fragmentarycznych informacji spójny obraz. Redakcje, które rozumieją tę logikę, budują model hybrydowy: szybkie treści online, pogłębione analizy i reportaże w wersji drukowanej lub za paywallem premium.
Anna Zalech tak opisuje tę komplementarność: – Częściowo tak, ale coraz częściej druk i internet funkcjonują komplementarnie. Ten sam odbiorca może korzystać z internetu dla szybkiej informacji, a z prasy drukowanej dla refleksji i pogłębienia tematu. W tym sensie media nie tyle rywalizują, ile pełnią różne funkcje w ekosystemie informacji. Komplementarność zamiast konkurencji – to nowy paradygmat, który wypierają już nawet ci wydawcy, którzy dekadę temu wieszczyli całkowite przejście na cyfrę.
– Z pewnością czytelnik papierowy korzysta z zasobów internetu. Obawiam się jednak, że coraz częściej użytkownik internetu, mediów społecznościowych i aplikacji poprzestaje na cyfrowym ekosystemie. To kwestia na pewno pokoleniowa – uważa Piotr Zmelonek. Jednocześnie dostrzega w tym zjawisku pewien mechanizm korekcyjny: – W związku z liczbą zafałszowanych czy intencjonalnie fabrykowanych informacji coraz częściej młodsi odbiorcy mediów odwołują się w swoich poszukiwaniach i fact-checkingu do wiarygodnych i rzeczowych źródeł, w tym mediów, które miały i nadal mają swoje emanacje papierowe – tłumaczy.
Symptomatycznym przykładem korekty jest powrót do druku tytułów, które wcześniej zrezygnowały z papierowej edycji. Badania naukowe dają temu kierunkowi mocne uzasadnienie: Mangen i współpracownicy ze Stavanger, Delgado z Valencii, Ophir i Nass ze Stanfordu – wszyscy wskazują, że papier sprzyja głębszemu przetwarzaniu informacji. American Academy of Pediatrics rekomenduje ograniczanie ekspozycji ekranowej dla dzieci i promowanie tradycyjnej lektury. Program OECD PISA ostrzega, że nadmierne użycie technologii wiąże się z niższymi wynikami edukacyjnymi. W środowisku zawodowym prasa branżowa zachowuje pozycję pierwszego źródła wiedzy specjalistycznej.
Istnieją też sygnały, że część młodszych pokoleń odkrywa druk na nowo – jako świadomy wybór, nie anachronizm. Społeczności BookTok i BookTube na TikToku i YouTube zrzeszają miliony nastolatków i młodych dorosłych, którzy rekomendują sobie papierowe książki i czasopisma. Czytelnictwo wśród polskich nastolatków wzrosło do 72 procent w badaniu Biblioteki Narodowej za 2023 rok. W kulturze permanentnego przepływu informacji, gdzie wszystko jest szybkie i ulotne, papier nabrał cech rzadkości – i tym samym wartości.
Słowo pisane na papierze nie wygra ze smartfonem w wyścigu szybkości, zasięgu ani wielofunkcyjności. Nie musi. Nikt nie oczekuje od druku, że będzie medium pierwszego kontaktu z informacją bieżącą. Jego rola w ekosystemie medialnym jest inna – i w tej roli jest niezastąpiony.
Prasa drukowana jest środowiskiem, w którym uwaga może działać spokojnie: bez powiadomień, bez algorytmów optymalizujących emocje, bez hiperłączy odciągających od tekstu. To środowisko sprzyja głębokiemu czytaniu, które – jak pokazują liczne badania – nadal jest najskuteczniejszą formą przyswajania złożonych treści. Nie przypadkiem tygodniki opinii zachowują znaczącą czytelniczą bazę wśród osób aktywnych zawodowo i dobrze wykształconych. Nie przypadkiem prasa branżowa cieszy się wyjątkowo wysoką lojalnością swoich odbiorców.
W obliczu rosnącego kryzysu zaufania do mediów cyfrowych, dezinformacji na platformach społecznościowych i algorytmicznej polaryzacji debaty publicznej – druk oferuje coś, czego żadna platforma nie może zagwarantować: redakcyjną odpowiedzialność za treść, którą czytelnik trzyma w rękach. Papier nie kłamie algorytmicznie – kłamać może redakcja, ale za kłamstw można ją rozliczyć.
KINGA SZYMKIEWICZ
DARIUSZ MATEREK
W artykule wykorzystano informacje i dane z następujących publikacji: Polskie Badania Czytelnictwa (PBC) 2023–2024. Raport roczny; „Reuters Institute Digital News Report 2024”. University of Oxford; Fundacja Digital Poland / GfK Polonia. „Dezinformacja oczami Polaków 2024”; Biblioteka Narodowa. „Stan czytelnictwa książek w Polsce 2023”; OECD/PISA. Programme for International Student Assessment – raporty; World Economic Forum. ‘Global Risks Report 2025”; Delgado P. et al. (2018). „Don’t throw away your printed books: A meta-analysis”. Educational Research Review; Mangen A., Walgermo B. R., Brønnick K. (2013). „Reading linear texts on paper versus computer screen”. Computers & Education; Ophir E., Nass C., Wagner A. D. (2009). „Cognitive control in media multitaskers”. PNAS, 106(37).