W epoce krótkich komunikatów, powiadomień i przewijania ekranu coraz większym wyzwaniem staje się nie dostęp do informacji, lecz umiejętność jej analizy i zrozumienia. Badania pokazują, że z pokolenia na pokolenie jest z tym coraz gorzej – funkcjonowanie w rzeczywistości opartej na obrazach ma swoje konsekwencje.

Czterdzieści siedem sekund
Statystyczny Polak spędza dziś w internecie niemal cztery godziny dziennie – dokładnie trzy godziny i czterdzieści sześć minut. Najmłodsi, czyli przedstawiciele pokolenia Z i pokolenia Alfa, przekraczają cztery godziny i dwadzieścia minut. Tak wynika z danych Polskich Badań Internetu za pierwszy kwartał 2025 roku. To czas, w którym teoretycznie dałoby się przeczytać sporą część niejednej powieści. W praktyce najczęściej spędzamy go, przewijając kolejne ekrany.
Amerykańska badaczka Gloria Mark z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Irvine od dwudziestu lat mierzy, jak długo potrafimy skupić się na jednym zadaniu przed ekranem, zanim przeniesiemy uwagę gdzie indziej. W 2004 roku było to średnio dwie i pół minuty. W 2012 roku – siedemdziesiąt pięć sekund. W najnowszych badaniach, które profesor Mark opisuje w książce „Attention Span”, średni czas nieprzerwanej koncentracji na ekranie skurczył się do czterdziestu siedmiu sekund. I nadal się kurczy.
Problem nie polega więc na tym, że brakuje nam dostępu do treści. Mamy ich dziś więcej niż kiedykolwiek w historii. Problem w tym, że coraz trudniej przychodzi nam zatrzymać się przy jednej z nich na tyle długo, by ją naprawdę zrozumieć, a nie tylko rozpoznać pierwsze zdanie i przesunąć palcem dalej.
8 września od kilkudziesięciu lat jest uznawany za Światowy Dzień Umiejętności Czytania. Święto to, obchodzone równolegle jako Międzynarodowy Dzień Alfabetyzacji, ustanowiła decyzją swojej Konferencji Generalnej w 1966 roku UNESCO – w bezpośrednim następstwie Kongresu Ministrów Edukacji, jaki rok wcześniej odbył się w Teheranie i podczas którego po raz pierwszy użyto pojęcia analfabetyzmu funkcjonalnego. 60 lat temu chodziło głównie o walkę z analfabetyzmem w sensie dosłownym – nieumiejętnością odczytania liter. Dziś coraz częściej mówi się właśnie o analfabetyzmie funkcjonalnym: o sytuacji, w której ktoś potrafi przeczytać tekst na głos, ale nie potrafi wyjaśnić, o czym on właściwie był.
To rozróżnienie nie jest czepianiem się słów. Analfabetyzm w sensie dosłownym Polska ma dawno za sobą – umiejętność czytania jest w naszym kraju powszechna. Analfabetyzm funkcjonalny, czyli brak zdolności do wyciągania wniosków z przeczytanego tekstu, odróżniania faktu od opinii, śledzenia wielowątkowej argumentacji – to zupełnie inny problem, którego rozwiązanie wymaga znacznie trudniejszej do wypracowania kompetencji. I to właśnie ona, jak pokazują kolejne badania, systematycznie słabnie u pokolenia, które z technologią cyfrową ma kontakt praktycznie od urodzenia.
Alarm w liczbach
Skalę zjawiska najdobitniej pokazują wyniki międzynarodowego badania PISA 2022, opublikowane w grudniu 2023 roku przez Instytut Badań Edukacyjnych. Polscy piętnastolatkowie w obszarze rozumienia czytanego tekstu uzyskali średnio 489 punktów – aż o 23 punkty mniej niż w poprzedniej edycji badania z 2018 roku. To jeden z największych spadków wśród wszystkich osiemdziesięciu jeden krajów objętych badaniem. Jak wyliczyli eksperci Fundacji im. Stefana Batorego, w większości krajów średni wynik w czytaniu obniżył się w tym czasie o dziesięć punktów – w Polsce spadek był ponad dwukrotnie większy.
Konsekwencje są już widoczne. Według szacunków Instytutu Badań Edukacyjnych aż 22 procent polskich piętnastolatków osiąga dziś w czytaniu ze zrozumieniem najniższy poziom umiejętności – to grupa, dla której nawet prosty tekst użytkowy bywa barierą nie do pokonania. Edukatorka Kinga Białek, komentując te dane dla portalu OKO.press, zwracała uwagę, że czytanie rozwija się nie tylko w indywidualnym kontakcie z tekstem, lecz również społecznie – w dyskusji i wspólnym dochodzeniu do zrozumienia, dlatego zamknięcie szkół w czasie pandemii mogło znacząco pogłębić kryzys kompetencji czytelniczych całego rocznika.
Warto jednak przy tym pamiętać, że polscy uczniowie – mimo regresu – wciąż plasują się w europejskiej czołówce, zajmując w czytaniu ze zrozumieniem piąte miejsce w Unii Europejskiej i szesnaste na świecie spośród osiemdziesięciu jeden badanych krajów. To nie powód do spokoju, lecz dowód, że problem ma charakter globalny, a Polska nie jest w nim wyjątkiem – jest po prostu jednym z krajów, w których spadek okazał się wyjątkowo dotkliwy. Eksperci Instytutu Badań Edukacyjnych, komentując wyniki, wskazywali na kilka nakładających się przyczyn: strajk nauczycieli, pandemię i związane z nią zamknięcie szkół, a także falę uchodźczą z Ukrainy, która postawiła przed polską oświatą dodatkowe wyzwania organizacyjne.
Znaczące różnice widać też między typami szkół. Jak wynika z danych IBE, najniższe wyniki w czytaniu ze zrozumieniem notują uczniowie szkół branżowych pierwszego stopnia – aż 65 procent z nich osiąga tam najsłabszy poziom kompetencji. To odsetek, który powinien niepokoić nie tylko pedagogów, lecz również pracodawców: to właśnie ci uczniowie za kilka lat wejdą na rynek pracy, gdzie czytanie ze zrozumieniem instrukcji, umów czy przepisów bezpieczeństwa bywa równie istotne, co umiejętności zawodowe.
Dlaczego mózg lubi papier
Naukowcy od lat próbują ustalić, czy nośnik, na którym czytamy, ma znaczenie dla tego, ile z przeczytanego tekstu rzeczywiście rozumiemy i zapamiętujemy. Odpowiedź, jakiej dostarczają kolejne metaanalizy, jest zaskakująco jednoznaczna: ma, i to spore.
W 2018 roku badacz Pablo Delgado z Uniwersytetu w Walencji wraz ze współpracownikami przeanalizował wyniki badań przeprowadzonych w latach 2000–2017 z udziałem łącznie ponad 170 tysięcy osób. Okazało się, że czytelnicy lepiej rozumieją treści zapisane na papierze niż te same treści wyświetlone na ekranie – zwłaszcza gdy chodzi o teksty informacyjne, a nie fabularne, oraz gdy czas na lekturę jest ograniczony. Kolejna, przywołana rok później metaanaliza wykazała dodatkowo, że czytelnicy „papierowi” trafniej oceniają, ile właściwie zrozumieli z tekstu – są więc nie tylko skuteczniejsi, ale i bardziej świadomi własnych ograniczeń.
Jeszcze dobitniejsze dane przyniosła metaanaliza hiszpańskich badaczy Cristiny Vargas i Ladislao Salmeróna, obejmująca w sumie 450 tysięcy uczestników różnych badań. Wynika z niej, że częstsze czytanie z papieru wiąże się wyraźnie z lepszym rozumieniem tekstu, podczas gdy między częstością czytania z ekranu a rozumieniem takiej zależności właściwie nie widać. Jak tłumaczą autorzy badania, dziesięć godzin lektury spędzonych na „czytaniu papierowym” może dać nawet sześcio- czy ośmiokrotnie lepsze zrozumienie treści niż tyle samo czasu poświęcone na czytanie cyfrowe. Zjawisko to naukowcy z Uniwersytetu Macquarie, piszący na łamach czasopisma „Trends in Cognitive Sciences”, określają mianem „efektu niższości ekranu”.
O tym, dlaczego w ogóle istnieje coś takiego jak „głębokie czytanie”, od lat pisze amerykańska neurobiolożka i psycholingwistka Maryanne Wolf. Jak tłumaczyła w rozmowie dla „Tygodnika Powszechnego”, głębokie czytanie angażuje jednocześnie obie półkule mózgu i wszystkie płaty kory mózgowej – dlatego jedno przeczytane słowo potrafi pobudzić do pracy miliony neuronów. Zdaniem badaczki obwód odpowiedzialny za czytanie nie jest nam dany od urodzenia. Wykształcił się w ludzkim mózgu dopiero kilka tysięcy lat temu i – jak każda umiejętność nabyta – wymaga regularnego ćwiczenia, by nie zanikł.
Wolf nie postuluje przy tym powrotu do świata sprzed ekranów – to, jej zdaniem, i niemożliwe, i niepotrzebne. Zamiast tego mówi o konieczności wykształcenia mózgu „dwupiśmiennego”, zdolnego zarówno do sprawnego poruszania się w technologii, jak i do zachowania obwodu odpowiedzialnego za głębokie czytanie. Sama przyznaje przy tym, że nie jest wolna od tych samych pokus co jej czytelnicy – w wywiadach wspomina, że gdy zależy jej na pełnym zrozumieniu i zapamiętaniu tekstu, sama decyduje się go wydrukować, zamiast czytać z ekranu.
Papier, który zmusza do zwolnienia
Przewaga papieru nie bierze się z magii samego materiału – kartka nie jest inteligentniejsza od ekranu. Bierze się z ograniczeń, jakie papier narzuca. Nie da się na nim otworzyć nowej karty, sprawdzić powiadomienia ani przełączyć się na inną aplikację w trakcie czytania zdania. Tekst drukowany ma początek, koniec i fizyczną objętość, którą czuje się w dłoni.
Badaczki z Uniwersytetu Maryland, Patricia Alexander i Lauren Singer, przeanalizowały publikacje eksperckie na temat nauki z ekranu powstałe w latach 1992–2016, a następnie przeprowadziły własną serię eksperymentów porównujących rozumienie tekstów drukowanych i ekranowych. Z ich pracy wynika coś pozornie paradoksalnego: młodzi ludzie w większości deklarują, że wolą czytać z ekranu, a mimo to skuteczniej rozumieją i zapamiętują tekst wydrukowany, zwłaszcza gdy jest on dłuższy niż jedna strona. Różnica ta wynika w dużej mierze z przewijania tekstu na ekranie, które zaburza płynność lektury.
Co istotne, badaczki zaobserwowały też, że różnica w zrozumieniu niemal znika, gdy czytelnik świadomie zwalnia i czyta uważnie – tak, jakby tekst i tak był drukowany, bez prześlizgiwania się wzrokiem po powierzchni ekranu. Innymi słowy: papier sam w sobie nie czyni nas mądrzejszymi. Ale ponieważ nie pozwala na nic innego, uczy dyscypliny, którą w przypadku ekranu trzeba sobie dopiero narzucić siłą woli.
Wydawcy walczą o uwagę
Dla wydawców prasy powyższe badania nie są akademicką ciekawostką, lecz codziennym problemem biznesowym. Wydawcy, którzy chcą przetrwać, coraz rzadziej próbują konkurować z internetem na jego własnym boisku, czyli szybkością. Nie da się wygrać wyścigu z powiadomieniem push, które dociera do czytelnika kilkanaście sekund po wydarzeniu. Można za to zaproponować coś, czego internet w swojej gorączkowej, fragmentarycznej formie strukturalnie nie potrafi dać: pogłębienie, kontekst, selekcję najważniejszych faktów i czas na przemyślenie. Innymi słowy – jakość zamiast tempa.
Widać to również w danych o czytelnictwie książek, które w Polsce w ostatnich latach się ustabilizowało. Jak wynika z raportu Biblioteki Narodowej, w 2025 roku co najmniej jedną książkę przeczytało 41 procent Polaków, a poziom czytelnictwa utrzymuje się powyżej 40 procent drugi rok z rzędu. Częściej po książkę sięgają kobiety (47 proc.) niż mężczyźni (34 proc.), a najwyższy odsetek czytających notuje się wśród młodzieży w wieku 15–18 lat (56 proc.) – głównie za sprawą obowiązku lekturowego, ale nie tylko. Co ciekawe, mimo powszechnej cyfryzacji zdecydowana większość czytelników sięga po książki w formie papierowej.
Część wydawców prasy próbuje ratować rentowność, przenosząc czytelnika w stronę płatnych subskrypcji cyfrowych, gdzie liczy się nie tyle pojedyncze kliknięcie, ile trwała relacja z odbiorcą. Modelowym przykładem może być tu „Gazeta Wyborcza”, której liczba subskrypcji cyfrowych wzrosła z 55 tysięcy pod koniec 2014 roku do 133 tysięcy pod koniec 2017 roku – jak wyliczyła w swojej analizie polskiego rynku prasy badaczka Jolanta Dzierżyńska-Mielczarek. Sam ruch na stronie serwisu wyborcza.pl w tym samym czasie wzrósł z 2,5 do 6 milionów użytkowników miesięcznie. To pokazuje, że czytelnicy są gotowi płacić za treść – pod warunkiem, że czują, iż płacą za coś więcej niż strumień newsów dostępnych za darmo gdzie indziej.
Mimo to sprzedaż elektronicznych wydań dzienników i czasopism w Polsce wciąż pozostaje niszowa – udział e-wydań w całkowitej sprzedaży egzemplarzowej dzienników sięga zaledwie kilku procent, nieco więcej w przypadku tytułów specjalistycznych. Polski czytelnik, nawet jeśli korzysta z treści prasowych w internecie, w większości robi to za darmo, przez media społecznościowe lub bezpośrednio na stronie wydawcy – a to oznacza, że wydrukowany egzemplarz i dobrze zbudowana sieć jego dystrybucji wciąż pozostają dla wielu redakcji głównym źródłem przychodu.
Kto szuka wytchnienia od ekranu?
Paradoksalnie to właśnie najmłodsze pokolenie – to samo, które wychowało się z telefonem w ręku – najgłośniej dziś mówi o zmęczeniu ekranem. W licznych sondażach cytowanych przez magazyn „GQ” przedstawiciele pokolenia Z deklarują, że wolą czytać na papierze niż na czytniku elektronicznym. Liczy się dla nich dotyk prawdziwej książki oraz to, że lektura nie odbywa się na tym samym urządzeniu, które służy do wszystkiego innego – od pracy po media społecznościowe.
Trend ten potwierdzają dane platformy Pinterest: w ostatnich miesiącach gwałtownie wzrosła liczba wyszukiwań związanych z analogowymi formami komunikacji. Wyszukiwania haseł dotyczących listów pisanych ręcznie wzrosły o 45 procent, a tradycyjnej korespondencji pocztowej (tzw. snail mail) – aż o 110 procent. Rośnie też popularność klubów czytelniczych, zarówno oddolnych, zakładanych przez znajomych, jak i tych działających przy księgarniach oraz bibliotekach. Książka ponownie staje się pretekstem do spotkań poza siecią, czemu paradoksalnie sprzyjają media społecznościowe – hasła w rodzaju #booktok czy #bookstagram uczyniły z czytania temat rozmów, poleceń i drobnych rytuałów.
Podobny mechanizm widać w zjawisku tak zwanego junk journalingu – prowadzenia papierowych dzienników, do których trafiają bilety z koncertów, paragony, zasuszone kwiaty, wycinki z gazet i odręczne notatki. Hashtag #journalwithme zgromadził na TikToku miliony wyświetleń, a serwis Pinterest umieścił odręcznie pisane listy w rankingu najważniejszych trendów roku. Zjawisko to wykracza poza samo czytanie, ale opiera się na tej samej potrzebie: chęci posiadania czegoś fizycznego, czego nie da się przewinąć ani skasować jednym dotknięciem ekranu.
To nie jest nostalgia za czymś, czego to pokolenie nigdy w pełni nie doświadczyło. To raczej świadomy wybór, będący reakcją na przebodźcowanie. W tej narracji papier nie jest reliktem przeszłości, lecz narzędziem regulacji uwagi – momentem ciszy w świecie, w którym wiadomości znikają po dwudziestu czterech godzinach, a odpowiedzi przychodzą szybciej, niż zdążymy je przemyśleć.
Odbudowa czytelnika
Skoro dysponujemy coraz mocniejszymi dowodami na to, że papier sprzyja rozumieniu tekstu, a jednocześnie obserwujemy pokolenie, które samo zaczyna go szukać, prasa drukowana – wbrew czarnym scenariuszom sprzed dekady – ma dziś do odegrania rolę większą niż tylko nostalgicznego dodatku do internetu. Może stać się realnym narzędziem odbudowy kompetencji czytelniczych, które, jak pokazuje badanie PISA, u całego pokolenia wyraźnie osłabły.
To wymaga jednak od wydawców tekstów zaprojektowanych z myślą o uważnej lekturze: dłuższych, ale klarownie skonstruowanych, opartych na sprawdzonych faktach, a nie na kompilacji przypadkowych źródeł z sieci. Wymaga też cierpliwości – zarówno wydawcy, jak i czytelnika – bo nawyku głębokiego czytania, podobnie jak każdej innej kompetencji, nie da się przywrócić jednym numerem czasopisma.
W tym równaniu nie bez znaczenia pozostaje też to, jak prasa w ogóle trafia do rąk czytelnika. Skoro – jak pokazują badania – sam kontakt z drukowaną stroną sprzyja skupieniu, tym istotniejsza staje się sprawna sieć dystrybucji, dzięki której gazeta czy magazyn fizycznie dociera do punktu sprzedaży, np. osiedlowego marketu, zanim czytelnik zdąży sięgnąć po telefon.
Warto pamiętać, że stawka tego sporu jest większa niż samo być albo nie być prasy drukowanej. Jak przypomina UNESCO, umiejętność czytania i pisania pozostaje jednym z podstawowych praw człowieka – a mimo postępu cywilizacyjnego wciąż jest poza zasięgiem ponad 771 milionów ludzi na świecie. Polska nie ma już tego problemu w jego pierwotnej, dosłownej formie. Ma za to inny, subtelniejszy – i, jak pokazują kolejne badania, wcale nie mniej groźny.
KINGA SZYMKIEWICZ
DARIUSZ MATEREK