W dobie agregatorów treści i sztucznej inteligencji granica między inspiracją a naruszeniem praw autorskich staje się coraz mniej wyraźna. Dziennikarze i wydawcy prasy stoją przed wyzwaniem ochrony swojej pracy w cyfrowym świecie, gdzie treści są agregowane, streszczane i wykorzystywane do trenowania modeli AI bez rekompensaty. Pytanie, czy prawo nadąża za technologią, jest dziś pytaniem o sens finansowania rzetelnego dziennikarstwa.

Słowo „plagiat” wywodzi się z łacińskiego „plagiarius” – porywacz. W rozumieniu prawnym to przede wszystkim przywłaszczenie sobie autorstwa cudzego utworu lub jego istotnego fragmentu bez podania źródła i bez zgody twórcy. Kluczowy jest przy tym art. 115 ustawy o prawie autorskim, który penalizuje takie działanie – osoba przypisująca sobie autorstwo cudzego dzieła podlega karze grzywny, ograniczenia wolności, a nawet pozbawienia wolności do lat trzech.
W praktyce dziennikarskiej plagiat przybiera wiele form. Najoczywistszą jest dosłowne kopiowanie tekstu. Dużo częstsza i trudniejsza do udowodnienia jest parafraza, czyli przepisanie cudzych ustaleń innymi słowami bez wskazania źródła. Problemem jest też tzw. kradzież śledztwa – przejmowanie wyników cudzej pracy reporterskiej, trudno dostępnych danych i zestawionych przez inną redakcję faktów. Takie działanie Rada Etyki Mediów konsekwentnie kwalifikuje jako naruszenie zasad etyki dziennikarskiej.
Nowe formy kradzieży
Klasyczny plagiat – ręczne przepisywanie tekstów – to dziś zaledwie ułamek problemu. Współczesne naruszenia mają charakter masowy i zautomatyzowany. Tzw. content scraping, czyli automatyczne pobieranie i replikowanie artykułów przez boty, dotknął niemal każdą liczącą się polską redakcję. Portale określane mianem farm treści karmią się przede wszystkim materiałami agencyjnymi – przepisują je algorytmicznie, publikują bez oznaczeń źródłowych i monetyzują ruch reklamowy. Izba Wydawców Prasy wielokrotnie zwracała uwagę, że jest to nie tylko naruszenie praw autorskich, lecz przede wszystkim pasożytowanie na dziennikarstwie.
Skala zjawiska jest trudna do precyzyjnego zmierzenia. Organizacja NewsGuard identyfikowała w 2023 roku ponad 37 witryn w Polsce, które systematycznie replikowały treści prasowe z wykorzystaniem algorytmów. W kolejnych latach ich liczba rosła. Część z tych serwisów korzysta z możliwości, jakie dają narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji, by jeszcze sprawniej „przerabiać” cudze materiały.
Najważniejszą odpowiedzią europejskiego ustawodawcy na problem wykorzystywania treści prasowych przez platformy cyfrowe jest dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/790 z 17 kwietnia 2019 roku – tzw. dyrektywa DSM. Art. 15 dyrektywy wprowadza nową kategorię prawa pokrewnego dla wydawców prasy, dającą im wyłączne uprawnienie do kontrolowania sposobu, w jaki ich publikacje są udostępniane przez platformy internetowe.
Mechanizm tego prawa wyjaśnia mec. Jacek Wojtaś, Koordynator ds. Europejskich w Izbie Wydawców Prasy: – Prawo pokrewne wydawców prasy, wprowadzone dyrektywą DSM, zostało zaimplementowane w Polsce we wrześniu 2024 roku. Od tego czasu wydawcy prasy powinni otrzymywać rekompensaty za wykorzystywanie publikacji prasowych przez podmioty świadczące usługi drogą elektroniczną. Chodzi o udostępnienie publikacji prasowych w taki sposób, aby każdy mógł mieć do nich dostęp w miejscu i czasie przez siebie wybranym, czyli po prostu w internecie. Ochronie nie podlegają linki, ani bardzo krótkie fragmenty czy pojedyncze słowa. Rekompensata nie należy się także w przypadku użytku osobistego, niezwiązanego z celem zarobkowym – mówi.
Jacek Wojtaś zaznacza jednak przepaść między teorią a praktyką. – Tyle w teorii. W praktyce bowiem rekompensaty nie są wypłacane, bowiem oczekiwania wydawców i dziennikarzy oraz platform są rozbieżne. Negocjacje w tym zakresie trwają od początku 2025 roku – dodaje.
Polska stała się ostatnim krajem Unii Europejskiej, który wdrożył tę dyrektywę. Nastąpiło to z ponad trzyletnim opóźnieniem: ustawa z 26 lipca 2024 roku weszła w życie 20 września 2024 roku, choć wymóg implementacji upłynął 7 czerwca 2021 roku. Polskie przepisy przyznają wydawcom prawo do wynagrodzenia za cyfrowe udostępnianie ich publikacji prasowych. Twórcom przysługuje aż 50% wynagrodzenia uzyskanego przez wydawcę z tytułu nowego prawa pokrewnego – jedno z najwyższych takich uprawnień w całej Unii Europejskiej.
Podziel się zyskiem!
Czy platformy cyfrowe powinny płacić za treści prasowe? – Odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Platformy cyfrowe, korzystając z treści prasowych, nie tylko zwiększają swoją atrakcyjność, ale równocześnie osiągają bezpośrednie korzyści – sprzedaż reklam i ogłoszeń – jak i pośrednie: profilowanie użytkowników i zbieranie danych. Przy tym nie ponoszą żadnych nakładów niezbędnych do powstania materiałów prasowych, które leżą po stronie wydawców. Nie ulega zatem najmniejszej wątpliwości, iż platformy powinny uiszczać rekompensaty, urzeczywistniając w ten sposób prostą i ze wszech miar słuszną zasadę: skoro zarabiasz na cudzej twórczości, podziel się zyskiem! – mówi Marek Frąckowiak, prezes Izby Wydawców Prasy.
Tę ocenę w całości podziela Jerzy Domański, redaktor naczelny tygodnika Przegląd (Fundacja „Oratio Recta”), który nie ukrywa emocji. –To jest dla wszystkich, poza właścicielami platform, oczywista oczywistość. Bo tak jak nie ma darmowych obiadów, tak nie znam tytułu prasowego, który by chciał podarować swoje artykuły bez rekompensaty. Przecież przygotowanie dobrego materiału wydawcę sporo kosztuje. Dziś mamy taką sytuację, że jeden staje na głowie, by dać czytelnikom jak najatrakcyjniejszy materiał, a ten drugi – platforma – bierze go jak swój – mówi.
Jerzy Domański zwraca również uwagę na fakt, że debata weszła już w inną fazę. – Dziś nie chodzi już o to, że muszą zacząć płacić, a o to ile i w jakiej formie. To, że od początku tolerowane są praktyki okradania autorów treści, jest skandalem niemającym odpowiednika w innych obszarach życia. I dowodem, jak silne są wpływy właścicieli platform, którzy bezkarnie robią, co chcą. Bez gazet i autorów tekstów nie mieliby czym wypełniać miejsca, ściągać uwagę odbiorców, a przede wszystkim nie mogliby zarabiać na reklamach – tłumaczy.
Redaktor naczelny „Nowej Fantastyki” Jerzy Rzymowski (Prószyński Media) wprowadza do tej debaty istotny niuans. – Moim zdaniem, wyszukiwarki nie powinny płacić, ale przy założeniu, że ograniczają się do spełniania swojej podstawowej funkcji, czyli wyszukują źródła i kierują do nich. W momencie, kiedy wyszukiwarka staje się agregatem, czyli zastępuje oryginalne źródło, czerpiąc z niego informacje i opracowując po swojemu, powinno to się wiązać z płaceniem twórcom źródłowym. Tym bardziej że odbiera im to ruch na oryginalnych stronach internetowych – wyjaśnia.
Wdrożone przepisy wzbudziły mieszane reakcje w środowisku wydawców. Krytykowano przede wszystkim brak silnych mechanizmów instytucjonalnego wsparcia w negocjacjach z platformami. Prezes ZPWC Maciej Kossowski wskazywał podczas posiedzeń sejmowej komisji kultury, że konieczne jest „wprowadzenie do ustawy mechanizmów wsparcia wydawców w negocjacjach z platformami oraz uregulowanie komercyjnego korzystania z treści prasowych przez sztuczną inteligencję”. Bogusław Chrabota jako wiceprezes IWP podkreślał z kolei konieczność wyłączenia uczenia AI na tekstach prasowych spod mechanizmu dozwolonego użytku.
Francja wyznaczyła drogę
Wzorcem dla europejskich wydawców pozostaje precedens francuski. Francja była pierwszym krajem UE, który zaimplementował art. 15 dyrektywy DSM (koniec 2019 roku). Gdy Google odmówił zapłaty za wyświetlane fragmenty artykułów, tamtejszy urząd ds. konkurencji nałożył na Google grzywnę w wysokości 500 mln euro za „prowadzenie negocjacji bez dobrej wiary”. W efekcie Google podpisał umowę z grupą czołowych wydawców – m.in. „Le Monde”, „Le Figaro”, „L’Express”, „L’Obs” – a w listopadzie 2021 roku zawarł pięcioletnią umowę z agencją prasową AFP.
Polska kroczy podobną ścieżką, choć z opóźnieniem. Stowarzyszenie Dziennikarzy i Wydawców Repropol przystąpiło w styczniu 2025 roku do bezpośrednich negocjacji z Google. Przez ponad rok nie udało się osiągnąć porozumienia. W grudniu 2025 roku Repropol złożył wniosek o mediację do Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Mediacje rozpoczęły się 23 lutego 2026 roku. „Powodem wystąpienia o mediację jest przede wszystkim jak najszybsze wynegocjowanie godnego wynagrodzenia dla wydawców prasowych odzwierciedlającego ich wkład w budowanie przychodów BigTechów” – mówiła w grudniu 2025 r. Renata Krzewska, prezeska Repropolu.
– Trudno w tym momencie powiedzieć dokładnie, ile proces będzie trwał i jakie będą koszty. Od ponad roku Stowarzyszenie Repropol negocjuje warunki realizacji przepisów dotyczących prawa pokrewnego wydawców prasy. Obecnie trwa już proces mediacji przed Prezesem Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Jeśli zakończy się on niepowodzeniem, trzeba będzie wystąpić na drogę sądową, a postępowanie może trwać 2,5 roku. W sumie to zatem aż 4 lata, czyli bardzo długo. Doświadczenia innych krajów pokazują, iż ten proces dochodzenia roszczeń może właśnie tyle trwać. W innych krajach, często przy wsparciu organów państwa, zaczęto jednak wcześniej i środki są wypłacane. Polska, niestety, była ostatnim państwem członkowskim, które zaimplementowało wspomnianą już dyrektywę DSM – nastąpiło to ponad 5 lat po jej uchwaleniu, czyli ponad 3 lata po obowiązkowym terminie jej wprowadzenia – zauważa mec. Jacek Wojtaś.
O jak duże stawki toczy się gra? Z raportu ZPWC (FehrAdvice & Partners, kwiecień 2025) wynika, że roczne przychody Google z wykorzystywania treści dziennikarskich w Polsce wynoszą ok. 196,7 mln euro. Wydawcy powinni z tej sumy otrzymywać ok. 78,67 mln euro rocznie – czyli ok. 335 mln złotych. Zaktualizowane szacunki podniosły tę kwotę do niemal 514 mln złotych rocznie.
Nowa linia frontu
Jeśli agregatory treści były pierwszą wielką falą prawnych wyzwań dla wydawców, to generatywna sztuczna inteligencja jest drugą – i być może bardziej fundamentalną. Wielkie modele językowe (LLM), takie jak GPT-4, Claude czy Gemini, trenowane są na astronomicznych ilościach tekstów zebranych z internetu. Wśród tych danych znajdują się miliony artykułów prasowych – stworzonych przez dziennikarzy, opłaconych przez redakcje, chronionych prawem autorskim.
Kwestię tę reguluje dyrektywa DSM poprzez mechanizm eksploracji tekstów i danych (TDM – text and data mining). Komercyjne firmy technologiczne, by legalnie trenować AI na tekstach prasowych, powinny uzyskać zgodę wydawców lub zapłacić za licencję.
– Sama sztuczna inteligencja, jako taka, nie jest groźna. Często zresztą jest wykorzystywana przez dziennikarzy, gdyż jest w stanie szybko dostarczyć wiele informacji, które są w redakcjach weryfikowane i sprawdzane, by znaleźć się w materiałach prasowych. Niebezpieczne są natomiast coraz powszechniejsze systemy generatywnej sztucznej inteligencji, które tworzą treści łudząco podobne do materiałów prasowych. Istotą sprawy jest to, iż za ich rzetelność czy wiarygodność nikt nie odpowiada i zawierają one – coraz częściej celowo – wiele błędów, manipulacji czy dezinformacji. Z tym trzeba walczyć – mówi Marek Frąckowiak, prezes IWP. Zwraca także uwagę na podwójne zagrożenie: systemy te „stanowią z jednej strony zagrożenie dla wydawców, gdyż platformy czują się zwolnione z obowiązku płacenia za treści wygenerowane przez AI, choć w istocie powstały one na podstawie tekstów redakcyjnych. Z drugiej strony stanowią realne zagrożenie dla informacji, edukacji, kultury, dla podstaw demokracji”.
Jerzy Domański z „Przeglądu” opisuje mechanizm ekspansji AI z perspektywy redaktora naczelnego tytułu prasowego. – Na omijaniu prawa autorskiego BigTechy i platformy robią kokosowe interesy. Coraz szerzej korzystają ze sztucznej inteligencji. Przykładem takiej ekspansji jest nowy typ wyszukiwarki, która będzie oferować gotowe materiały na każdy temat. A skąd AI będzie miała treści? Wiadomo. Jeśli wydawnictwa chcą przeżyć, to muszą wykroić dla siebie kawałek ze swojego tortu, którym ktoś bezczelnie handluje – tłumaczy.
– AI stanowi realne zagrożenie dla treści prasowych. Biorąc pod uwagę tempo, w jakim się rozwija, zagrożenie dla prasy jest duże. Największe będzie dla tych tytułów, które prezentują najprostsze treści i mają najmniej wymagających czytelników. Im większe oczekiwania na osobowości, merytoryczne analizy i oryginalny styl, tym mniejsze pole dla AI. Kopiowanie jest tu trudniejsze i łatwiejsze do wykrycia. Wyobrażam sobie taką sytuację, że w ściganiu nadużyć przy udziale AI pomoże wydawcom jakaś forma AI – dodaje redaktor J. Domański.
– Nadmierne poleganie na AI może sprowadzić mnóstwo problemów, także w zakresie mediów, więc owszem, stanowi zagrożenie pod różnymi względami. Pozostaje mieć nadzieję, że ludzie zrozumieją w którymś momencie, że mimo wszystko lepiej zaufać dziennikarzom niż AI – uważa z kolei naczelny „Nowej Fantastyki” Jerzy Rzymowski.
Najgłośniejszym sporem na świecie jest pozew „The New York Times” przeciwko OpenAI i Microsoft, złożony 27 grudnia 2023 roku. Dziennik zarzuca obu firmom bezprawne wykorzystanie milionów artykułów „NYT” do trenowania modeli GPT-4. Jak mówił Daniel Gervais z Vanderbilt University: „Jeśli kopiujesz miliony dzieł, łatwo zobaczyć, jak kara może stać się potencjalnie zabójcza dla przedsiębiorstw”. Jak na początku 2025 roku szacował portal ZIG.pl, w USA, Wielkiej Brytanii i Niemczech toczyło się ok. 33 postępowań dotyczących naruszenia praw autorskich przez systemy AI.
Nowym problemem są AI Overviews Google – skrócone odpowiedzi syntetyzowane przez AI na podstawie treści prasowych, wyświetlane bezpośrednio w wynikach wyszukiwania. Z analiz cytowanych przez IWP wynika, że usługa ta potrafi obniżyć klikalność w linki do oryginalnych serwisów wydawców nawet o połowę. Tymczasem Roxanne Carter, starszy menedżer ds. polityki rządowej w Google, stwierdziła przed brytyjską Izbą Lordów, że „Google nie powinien płacić za wykorzystywanie treści wydawców do szkolenia swojego AI”. To stanowisko tłumaczy, dlaczego mediacje z udziałem organów państwowych stają się koniecznością, a nie wyborem.
Jak redakcje chronią swoje treści
Profesjonalna ochrona treści zaczyna się od monitoringu. Polskie redakcje korzystają z narzędzi takich jak Plagiat.pl, Copyscape, Turnitin czy Rapidus.org. Systemy te porównują nowe publikacje z bazami tekstów, wykrywając identyczne i zbliżone fragmenty. Problem w tym, że algorytmy parafrazujące potrafią zmieniać teksty na tyle, że narzędzia antyplagiatowe nie rejestrują naruszenia – podczas gdy prawnik oceniałby taką publikację jako plagiatorską.
Coraz powszechniejsza jest też techniczna ochrona treści poprzez zapory paywall, watermarking tekstowy i graficzny, ukryte metadane EXIF i cyfrowe sygnatury. Wydawcy wdrażają klauzule opt-out blokujące scrapery AI, publikując instrukcje w plikach robots.txt, choć jak podkreśla Izba Wydawców Prasy, ta metoda jest jedynie prewencyjna i nie tworzy prawa do odszkodowania.
Kluczową rolę w systemowym egzekwowaniu praw wydawców i dziennikarzy odgrywają organizacje zbiorowego zarządzania. W Polsce najważniejszą jest ZAiKS, reprezentujący twórców literackich i dziennikarzy w zakresie tantiem. W sprawach wydawców prasowych działa z kolei Stowarzyszenie Dziennikarzy i Wydawców Repropol – organizacja uprawniona na mocy polskiej implementacji dyrektywy DSM do prowadzenia negocjacji zbiorowych z platformami cyfrowymi.
Rolę konsultacyjną i lobbystyczną pełni Izba Wydawców Prasy (IWP) – organizacja samorządu gospodarczego wydawców prasy działająca od 1996 roku. To IWP koordynowała batalię o szybką implementację dyrektywy DSM w Polsce, inicjowała dialog z Google, a jej działania – w tym ogólnopolski apel wydawców z 4 lipca 2024 roku pod hasłem „Politycy! Działajcie!” – miały wpływ na przyspieszenie prac legislacyjnych.
Ścieżka prawna dochodzenia roszczeń z tytułu naruszenia praw autorskich jest w Polsce dobrze zdefiniowana, lecz żmudna i kosztowna. Poszkodowany może żądać w drodze cywilnej: zaniechania naruszenia, usunięcia skutków, wydania bezpodstawnie uzyskanych korzyści, naprawienia szkody oraz zadośćuczynienia. W przypadku naruszenia praw majątkowych poszkodowany może żądać odszkodowania w wysokości dwukrotności (lub trzykrotności w przypadku zawinionego naruszenia) tzw. stosownego wynagrodzenia.
W sprawach karnych podstawę stanowi art. 116 ustawy o prawie autorskim: bezprawne rozpowszechnianie cudzego utworu podlega karze do 2 lat pozbawienia wolności, a w przypadku działania w celu osiągnięcia korzyści majątkowej – do lat 5. Tryb ścigania w sprawach o plagiat jest prywatnoskargowy.
W praktyce redakcje najczęściej poprzestają na wysłaniu wezwania do usunięcia naruszenia i żądaniu przeprosin lub odszkodowania pozasądowo. Pozwy sądowe są rzadkie z powodów ekonomicznych – obsługa jednej sprawy przez wyspecjalizowaną kancelarię kosztuje od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych, a postępowania trwają od kilku miesięcy do kilku lat.
– Dochodzenie roszczeń w przypadku małych i średnich wydawców jest póki co mało realistyczne. Nie ma wystarczających środków i zaplecza prawniczego, by skutecznie walczyć o należne wynagrodzenie. Szansę widzę tu w pozwach zbiorowych kierowanych przez organizacje branżowe, np. Izbę Wydawców Prasy – komentuje Jerzy Domański z „Przeglądu”.
Czy prawo nadąża za rzeczywistością?
To pytanie powraca w każdej debacie o własności intelektualnej w dobie internetu. Mecenas Jacek Wojtaś odpowiada z prawniczą precyzją: – Rozwój technologii jest bardzo szybki. Od kilkunastu lat mamy do czynienia ze swoistą „(r)ewolucją cyfrową”. Prawodawcy z różnym skutkiem próbują na nią reagować. Nie można jednak powiedzieć, że regulacje są całkowicie przestarzałe i w ogóle nie obejmują pojawiających się zmian. Są one często spóźnione, ale próbują sprostać potrzebom i wyzwaniom, z jakimi musimy się mierzyć. Problem polega na tym, iż proces uchwalania regulacji – a w przypadku wielkich gigantów technologicznych, działających na całym świecie potrzebne są równie globalne, przynajmniej unijne przepisy – jest długotrwały. Często zbyt długi – tłumaczy.
Jacek Wojtaś wskazuje na drugi, równie poważny wymiar problemu: – Istniejące unijne dyrektywy czy rozporządzenia muszą być efektywne i egzekwowalne, a z tym – wobec siły gigantów technologicznych, którzy mają wręcz nieograniczone zasoby ludzkie i finansowe i monopolistyczną pozycję – jest niestety relatywnie słabo. W naszym kraju bardzo słabo.
Redaktor Jerzy Domański patrzy na ten problem z perspektywy wydawcy doświadczającego tych ograniczeń na co dzień: – Prawo autorskie nie nadąża za cyfrową rzeczywistością. I nigdy nie będzie w stanie tak szybko reagować, by nadążyć za tempem zmian w świecie cyfrowym. Może jednak, i wręcz musi, reagować szybciej, przewidując trendy i kierunki rozwoju świata cyfrowego. To oczywiście jest możliwe, bo te światy coraz bardziej się przenikają – stwierdza. Wskazuje również na systemową przyczynę bezsilności regulatorów: – Im większa platforma, tym więcej bezczelności i zagrabiania cudzej pracy. Na straży ich interesów stają sztaby prawników, lobbystów i usłużnych polityków – mówi.
Jerzy Rzymowski formułuje to jeszcze bardziej zdecydowanie: – Prawo w ogóle nie nadąża za cyfrową rzeczywistością, a prawo autorskie to tylko wycinek problemu. Pojawiają się tutaj zupełnie nowe zjawiska i zagadnienia, którymi trzeba się zająć możliwie szybko, bo mówimy o olbrzymiej ilości treści, których status trzeba uregulować – uważa redaktor naczelny „Nowej Fantastyki”.
Fundamentalny problem polega na tym, że prawo jest z natury rzeczy reaktywne – odpowiada na stwierdzone naruszenia, a nie wyprzedza technologii. Gdy art. 15 dyrektywy DSM regulował kwestię snippetów w wyszukiwarkach, Google już pracował nad AI Overviews. Gdy wydawcy uczyli się dochodzić praw pokrewnych od agregatorów, OpenAI trenował GPT na milionach artykułów. Daniel Gervais z Vanderbilt University celnie ujął tę dynamikę: dopóki branża AI nie znajdzie rozwiązania w negocjacjach z wydawcami, prawo autorskie będzie „mieczem wiszącym nad głowami firm AI przez wiele lat”.
Dodatkowym czynnikiem komplikującym jest globalna natura internetu. Polskie przepisy obowiązują na terenie Polski – naruszyciel działający z serwera poza UE pozostaje praktycznie poza zasięgiem polskiego sądu. Dlatego tak ważna jest międzypaństwowa współpraca i globalne porozumienia na wzór tych wypracowanych w Kanadzie (Online News Act, fundusz Google wartości 100 mln dolarów rocznie) czy Australii.
Bezczelność i bezradność
Kto częściej narusza prawo autorskie: małe portale czy wielkie platformy? To pytanie jest dla środowiska wydawniczego kluczowe, bo determinuje strategię prawną. Marek Frąckowiak i Jacek Wojtaś zaznaczają, że obie kategorie naruszeń istnieją równolegle, lecz różnią się skalą i skutkami. – Naruszenia są powszechne, bez względu na wielkość portali czy platform. W przypadku tych pierwszych jednak łatwiej jest z nimi walczyć, a nawet jeśli się nie da, to negatywne skutki nadużyć nie są tak dotkliwe, jak w przypadku dużych – bardzo dużych platform internetowych i bardzo dużych wyszukiwarek – stwierdzają przedstawiciele IWP.
Jerzy Domański ujmuje tę asymetrię ostro i jednoznacznie: – Im większa platforma, tym więcej bezczelności i zagrabiania cudzej pracy. Na straży ich interesów stają sztaby prawników, lobbystów i usłużnych polityków – mówi. Frustracja środowiska wydawniczego jest zrozumiała: mały portal można pozwać, wygrać i egzekwować wyrok. Dochodzenie praw od Google, Meta czy TikToka wymaga zasobów, których większość polskich wydawców nie posiada.
Jerzy Rzymowski opisuje specyficzny mechanizm, w którym wielkie platformy i małe portale nawzajem się „napędzają” do naruszeń: – Duże platformy, pełniąc funkcję agregatów, czerpią z zasobów mniejszych portali, a małe portale używają agregatów do pozyskiwania i kompilacji cudzych treści. To prowadzi do specyficznego zjawiska: załóżmy, że AI Google’a czy inny agregat zmyśli coś i wprowadzi w błąd autora, który będzie próbował opracować materiał w oparciu o cudzą pracę – stworzy on wtedy tekst z przekłamaniami, który później trafi do zasobów, z których ta sama AI będzie czerpać dla kolejnych autorów. Czyli im dalej od oryginalnego źródła, tym większe ryzyko zafałszowań w treści – wyjaśnia.
Warto zauważyć, że granica między tymi kategoriami się zaciera. Witryny farm treści coraz częściej wykorzystują narzędzia generatywnej AI, by ich naruszenia były trudniejsze do wykrycia. Zamiast kopiować tekst, zlecają algorytmowi napisanie artykułu „na podstawie” cudzego materiału. Takie działanie jest trudniejsze do zakwestionowania w sądzie, choć narusza te same wartości, co klasyczny plagiat.
Twórcza odpowiedzialność
Dla wydawców ochrona praw autorskich jest coraz wyraźniej traktowana jako konieczność biznesowa, nie tylko obowiązek prawny. Modele subskrypcyjne są tym bardziej rentowne, im skuteczniej wydawcy chronią dostęp do swoich treści. Paywall jest jednocześnie narzędziem monetyzacji i prawnym manifestem własności intelektualnej.
Jerzy Rzymowski ujmuje w następujący sposób: – Walka o prawa autorskie zawsze jest koniecznością biznesową, zwłaszcza dla autorów, ale też dla wydawców, bo przecież z tego się utrzymują.
Marek Frąckowiak precyzuje, co ta walka wymaga w polskich realiach: – Bez wątpienia musimy dbać o przestrzeganie już istniejących zasad i zabiegać o wprowadzenie nowych, efektywnych przepisów i sprawnie działających mechanizmów ich realizacji. Jako Izba Wydawców Prasy czynimy to zresztą nieustannie od wielu lat. Niezbędne przy tym powinno być większe zaangażowanie państwa, w szczególności resortów odpowiedzialnych za kulturę i cyfryzację. Doświadczenia innych państw, takich jak Francja, Niemcy, Hiszpania czy Dania wyraźnie pokazują, iż dzięki realnemu wsparciu państwa egzekwowanie praw autorskich lub pokrewnych jest zdecydowanie skuteczniejsze. Tu znów trzeba podkreślić, że zdaniem wydawców zaangażowanie polskich organów władz w ochronę rodzimych twórców i producentów kultury jest zdecydowanie zbyt słabe – komentuje prezes IWP.
Debata o plagiacie i prawach autorskich w mediach to w istocie debata o tym, co warunkuje istnienie wolnego, profesjonalnego dziennikarstwa. Rzetelny reportaż, śledztwo dziennikarskie, weryfikowana analiza – to produkty drogie i czasochłonne. Ich finansowanie wymaga modeli biznesowych, które zakładają wyłączność na efekty pracy. Gdy te efekty są bezkarnie przejmowane, podmywany jest fundament ekonomiczny wolnej prasy.
Między plagiatem a inspiracją leży zawsze twórcza odpowiedzialność. W cyfrowej rzeczywistości przybiera ona wymiar zbiorowy: platform, algorytmów, regulatorów i samych redakcji. Ochrona własności intelektualnej w mediach to nie biurokratyczny wymóg – to warunek przeżycia rzetelnego dziennikarstwa.
KINGA SZYMKIEWICZ
DARIUSZ MATEREK
Źródła i materiały: Ustawa z 26 lipca 2024 r. o zmianie ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. z 2024 r.), Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/790 z 17 kwietnia 2019 r. (dyrektywa DSM), zaiks.org.pl, iwp.pl, Związek Pracodawców Wydawców Cyfrowych (ZPWC): raport FehrAdvice & Partners, kwiecień 2025 r., KPMG Poland: „Legal Alert: Nowelizacja prawa autorskiego”, ZIG.pl, Infor.pl, orka.sejm.gov.pl, monitorlocalnews.com.